BMW półmaraton-po co mi to było?

To było moje marzenie. Jedno z wielu, co więcej to był krok milowy w drodze do spełnienia innego marzenia.

Ale nie mam już złudzeń. Marzenia się same nie spełniają, marzenia trzeba spełniać, więc droga do pokonania półmaratonu nie była usłana różami.

Zaczęło się niewinnie..

Decyzję o zapisaniu się na bieg podjęłam bardzo spontanicznie nie do końca zdając sobie sprawę, ile wysiłku będzie wymagać przygotowanie się do biegu.

W samym bieganiu zakochałam się już przed pierwszą ciążą jednak podchodziłam do tego totalnie rekreacyjnie. To był mój czas, mój relaks i oderwanie się od rzeczywistości. Jednak podczas przygotowań musiałam wyjść ze swojej strefy komfortu i wskoczyć level wyżej.

Przygotowania

Podstawą były treningi crossfit, na które chodzę już 8 miesięcy. Crossfit zdecydowanie dał mi siłę, która napędzała moje 50(parę:P) kilogramów:) Treningi wzmocniły także moją wydolność i wytrzymałość.

Jednak kluczem były treningi biegowe, dlatego 7 tygodni przed zawodami porzuciłam ukochaną dyscyplinę na rzecz biegania. Na początku biegałam codziennie, jednak tempo pozostawiało wiele do życzenia, później skorzystałam z rad mojego trenera i wtedy dopiero zaczęło się coś dziać.

Były interwały, wybiegania i przebieżki. Sporo kilometrów zrobiłam też na rowerze(sama lub z dziećmi). Wróciłam także do Ewki i jej zestawów treningowych. Ponieważ czasu było mało ćwiczyłam codziennie przez 6 dni w tygodniu.

Czy było łatwo?

Nie! było cholernie ciężko, zwłaszcza wstać na trening o 6 rano po 3 godzinach snu, bo katar, ząbkowanie, czy inne przyjemności związane z macierzyństwem. Choć jestem człowiekiem silnie zmotywowanym, to jednak moja samodyscyplina kuleje. Bardzo pomógł mi mąż, który rano zwlekał mnie z łóżka, albo godził się zostawać z dziećmi po pracy bym mogła „odrobić” trening. Pomagała też moja mama i teściowa. Generalnie zaangażowałam całą rodzinę, bo trening trwały nie raz 2 godziny.

Jednak nie to było najtrudniejsze.

Najtrudniej było mi uwierzyć, że ja dam radę to zrobić. Było wiele momentów, kiedy chciałam się poddać. Problem z kolanem, problem z ciśnieniem po donacji, czy zwyczajne zmęczenie. W dniu zawodów byłam gotowa się wycofać, bo dzieci znów pozwoliły mi jedynie na 3 godziny snu w nocy i rano wyglądałam jak zombi. Całą drogę do Warszawy mówiłam, że marzę jedynie o kocu i poduszce.

Ale kiedy stanęłam na starcie..

już wiedziałam, że się uda. Już byłam pewna, że to mój dzień i moja chwila. Kiedy tylko usłyszałam muzykę ze słuchawek dałam ponieść się tłumowi i było bajecznie!

Super impreza sportowa, wspaniałe przeżycie i CUDOWNE doświadczenie życiowe. Pokonanie swoich słabości, swojego zmęczenia, a przede wszystkim swojego NIECHCEMISIE.

Po co mi to było?

Dla swojej dumy i chluby. Nawet nie pamietam, kiedy ostatni raz byłam tak dumna z siebie, jak w ostatnią sobotę. Poczułam, że mogę góry przenosić! Potrzebowałam tego dla swojej osobistej satysfakcji. Pokonanie tego wyzwania przywróciło mi wiarę w siebie i utwierdziło mnie w przekonaniu , że naprawdę MOGĘ więcej, jeśli tylko czegoś chcę.

Teraz wiem, że warto MARZYĆ, warto stawiać sobie CELE i trzeba do nich dążyć, bo przy odrobinie wysiłku i nakładzie pracy same się zrealizują:)

 

 

 

Facebooktwittergoogle_pluspinterest