Koniec naszych nocnych przygód

Ja długo nie potrafiłam zakończyć tej przygody. Nie potrafiłam oprzeć się tej przyjemności, która powoli niszczyła relacje z mężem. W końcu jednak on wziął sprawy w swoje ręce i zakończył ten układ.

Przygoda ta zaczęła się bardzo dawno, tuż po pierwszym porodzie. Relacja ta jednak nikomu wtedy nie przeszkadzała. Wszystko działo się za obopólną, a nawet potrójną zgodą. Było miło i przyjemnie, a uczucia i miejsca w tym trójkącie wystarczało dla wszystkich.

Choć rodzina się oburzała, że robimy błąd, że to nienormalny układ, że zaburzamy funkcjonowanie rodziny, to nam jednak sytuacja odpowiadała. Dni mijały, a nasza sytuacja się nie zmieniała, bo nam było dobrze.

Oczywiście podejmowaliśmy kilka prób powrotu do ” normalności”, jednak za każdym razem kończyły się one fiaskiem.

Mijały dni, miesiące, a my staliśmy w tym samym punkcie. Choć nad nami wisiała presja ” nowego” to nie potrafiliśmy uporać się z sytuacją. Obiecaliśmy sobie, że w dniu zero kończymy z tym układem. Że kolejna relacja będzie rozwijała się w warunkach powszechnie akceptowalnych. Że nie dopuścimy byśmy po raz kolejny musieli się tłumaczyć z naszych nocnych przygód.

Nadeszło nowe

Kiedy „owe nowe” się pojawiło mimo wcześniejszego zarzekania się sytuacja się powtórzyła. Choć z początku było inaczej. Wiadomo na początku zawsze jest fajnie. Każde z nas miało swoje towarzystwo. Podział był równy i nikt nie był poszkodowany. Jednak z biegiem czasu ja zaczęłam tęsknić za pierwszą przygodą. Tęskniłam tak mocno, że nim się obejrzałam zaczęłam dominować w tym układzie i spałam już z dwójką.

Przyszedł kres

Elektryk został porzucony, a my w trójkę w najlepsze śniliśmy wtuleni w siebie. Choć wiedziałam, że układ nie jest już sprawiedliwy, nic nie potrafiłam z tym zrobić. Nie potrafiłam odmówić sobie przyjemności wtulania się w te dwa małe ciałka. Nie potrafiłam zrezygnować z tej bliskości i tej niesamowitej więzi…

On czekał cierpliwie. Akceptował te moje przygody, ale w głębi ducha liczył, że się opamiętam i z tym skończę. Jednak nie kończyłam.

Aż pewnego pięknego dnia, a raczej wieczora, mój mąż powiedział DOŚĆ. Koniec przygód i rozłąki. Postanowił, że od teraz to on będzie rozkładał karty na stół.

Zawziął się i odmienił nasz los.

Tak, kochane mamuśki, od ponad dwóch tygodni nasze dzieci śpią same! Co więcej każde w swoim łóżku, a na dodatek Ida wreszcie zasypia sama. Skończyło się tulenie w nieskończoność. Skończyło się godzinne mizianie, czy szczypanie nas po łokciach i wymykanie się na palcach.

Czy było łatwo?

NIE!!!! Dla mnie pierwsze wieczory to była trauma. Płakałam ze złości i z bezsilności. Nie miałam chęci na nic. O ile Tymon praktycznie nie odczuł zmiany-bo on nigdy nie miał problemu ze spaniem samodzielnym, tak z Idą była to droga przez mękę. Był płacz, krzyki, wrzaski co wieczór. Było uciekanie z łóżka, wołanie siku, piciu po milion razy…było wszystko..

Elektryk jednak się nie poddał. Dzielnie wstawał do niej po 10 razy w nocy i tłumaczył, że nic złego się nie dzieje, że jest już duża, że może spać sama, że rano do niej przyjdziemy itd..

Ja osobiście poddałabym się pewnie pierwszej nocy, on jednak przetrwał i fazę płaczu, błagania(mojego i jej), uciekania i złości. Konsekwentnie powtarzał jak mantrę ” Idusiu jesteś już duża, możesz już spać sama”… i ona trzeciej nocy nie obudziła się już ani razu! Oczywiście po progresji i kilku fajnych nocach, znów pojawiły się gorsze. Na szczęście pobudki były już maksymalnie dwie, więc bez tragedii.

I choć tęsknię za tymi dwoma ciałkami wtulonymi we mnie, choć marzę znów o tym ciepełku, to jednak wiem, że to była dobra decyzja. Wiem, że nadszedł już czas byśmy znów spokojnie spali sami bez żadnych stópek na głowie, czy między żebrami.

Cieszę się, że elektryk postanowił zapanować nad tym układem i konsekwentnie doprowadził proces do końca, ja sama długo bym jeszcze tego nie zrobiła.

 

fot. pixabay.com

 

Facebooktwittergoogle_pluspinterest