Nocny Runmagedon

Co robi matka w wolną sobotnią noc? Papra się w błocie i to wcale nie w leczniczym!

Ostatni weekend pełen był wrażeń i tych pozytywnych i tych mniej. Po wrzuceniu zdjęcia ze startu z  RUNMAGEDONU pytacie, czy nie zwariowałam-otóż NIE, mam się naprawdę dobrze!:)

O moim pierwszym starcie pisałam już TU.

RUNMAGEDON to cykl biegów przełajowych z ekstremalnymi przeszkodami. To zabawa, ale i wyzwanie nawet dla największych twardzieli. Rosnąca popularność tego biegu, sama jest swoją najlepszą reklamą. W ostatniej edycji 27 maja w Warszawie wystartowało aż 6000 uczestników dorosłych i 1500 dzieci!

Nie mogło zabraknąć i mnie!

Do wyboru były trzy dystanse: 3 km+ 15 przeszkód INTRO, 12 km + 50 przeszkód CLASSIC i 6 km+ 30 przeszkód NOCNY REKRUT)

Ja tym razem zdecydowałam się na bieg w nocy. <<Choć już poprzednim razem nie było mi łatwo pokonać 6 km  nawet w dzień>>

W ubiegłą sobotę zabawa zaczynała się już od pierwszych kroków, bo 3 minuty za startem nie było widać nic!

Każdy uczestnik, ze względów bezpieczeństwa, biegu nocnego musiał być wyposażony w czołówkę. Bez tego akcesorium trudno byłoby ukończyć morderczy bieg. Choć jak wskazuje mój przykład dzięki ludziom dobrej woli, jest to możliwe:)

Przeszkody jakie można było spotkać na trasie były różnych stopni trudności. Były zasieki, doły, czy podbiegi z piachu. Na całej trasie sprawę utrudniało błoto, czy konary i gałęzie drzew. Ale na tym polegał cały FUN!

Na początek tradycyjny bieg z workiem na plecach, by zaraz później zderzyć się ze ścianą.

Zasłona dymna, koszmar wulkanizatora, czy pajęczyna to te mniej ekstremalne przeszkody z którymi nawet laik poradzić sobie może. Prawdziwe schody zaczynają się przy ściankach, linach i oponach, pod którymi trzeba się tarzać.

Jak widać na powyższym zdjęciu, ja w trakcie biegu straciłam czołówkę, mimo iż namaszczona przez elektryka odmówiła posłuszeństwa. Całe szczęście tym razem nie biegłam sama inaczej zapłakałabym się po drodze!

Pomoc przy niektórych przeszkodach była na wagę złota, ale nie myślcie, że jedynie żerowałam na koledze. Ja też pomagałam jemu jak mogłam, bynajmniej się starałam!

W tej edycji  pokonała swoje lęki i wyszłam ze swojej strefy komfortu. Wskoczyłam do kontenera z lodem i wykonałam skok INDIANA JONES wprost do bajorka. (w poprzednim biegu wykonywałam karne burpeese przy tych przeszkodach)

Generalnie przeżyłam fantastyczną przygodę, choć było to moje najdroższe papranie się w błocie, to jednak zapewne nie ostatnie!

Polecam każdemu, kto marzy by zmierzyć się ze swoimi słabościami, czy lękami.

Co mi dał ten bieg?

Ogromną satysfakcję i wiarę w siebie i swoje możliwości. Po raz kolejny pokonałam siebie i udowodniłam sobie, że mogę więcej niż mi się wydaje. Jestem z siebie ogromnie dumna, choć do domu wróciłam totalnie wypompowana.

Czy mi się podobało?

no jaha!! Mega mi się podobało, choć moi bliscy nie potrafią zrozumieć po co mi te wygłupy. Uważam jednak, że tym razem organizacja była gorsza niż podczas zimowej edycji. Moim zdaniem było nas za dużo na trasie i niekiedy oczekiwanie na dojście do przeszkody zajmowało kilka minut.  Rozumiem, że organizatorzy idą za potrzebą rynku i zwiększają liczbę miejsc w seriach, ale może warto było by w takim razie wydłużyć czas startu kolejnych seri np. o 5 minut?

Kolejny cel?

Półmaraton we Wrześniu i oczywiście Runmagedon Classic, ale to już pewnie w przyszłym roku.

 

 

Facebooktwittergoogle_pluspinterest