po co mi to było?- mój pierwszy RUNMAGEDON

Drugi dzień liżę rany. Jestem na tabletkach przeciwbólowych i czule głaszczę swoje sińce. Ale warto było!

Pytacie, po cholerę mi to było? W sumie racja, po cholerę- sińce na nogach, rękach, zakwasy już drugi dzień i zdarte ubranie. Same plusy:)

Przyznaję się szczerze, to był totalny impuls. Zobaczyłam ogłoszenie, zapisałam się i dopiero później zaczęłam się zastanawiać co ja najlepszego zrobiłam. Nie miałam szans na regularne treningi i przygotowania. 5 kilometrów, 30 przeszkód myślałam, że jakoś to będzie. Przecież od jakiegoś czasu wróciłam do aktywności, biegam, chodzę na cross fit, ćwiczę w domu. Nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego co mnie czeka.

Ida rozchorowała nam się tydzień przed biegiem. Nieprzespane noce, całodzienne marudzenie, zmęczyła mnie okrutnie. We czwartek Tymon zaczął gorączkować. W piątek hard core na maxa. Cały dzień na rękach, noc dramat. Prawie do 2 lulanie, bujanie i próba uśpienia malca. O 2.10 miałam pisać, do przyjaciółki, która była moim kierowcą i wsparciem, że nie jadę. Odpuszczam. Na szczęście mama mnie zmotywowała i nie poddałam się. Ona zabrała Tymona ja poszłam spać.

Wstałam o 7 i wiedziałam, że muszę tam pojechać dla samej siebie. Udowodnić sobie, że jestem w stanie się spiąć. Że się nie poddam mimo wielu przeciwności. Podeszłam do tego jak do zabawy, nie myślałam o czasie jaki mi to zajmie. Moim jedynym celem było ukończenie biegu.  To był mój pierwszy dzień bez dzieci od wielu miesięcy. Pomyślałam, że to będzie moja chwila dla siebie i pewnego rodzaju RELAKS. :))

Bieg naprawdę nie był łatwy, jeśli ktoś podszedł do niego uczciwie. Było wiele przeszkód, które wymagały siły fizycznej, ale były też przeszkody, które wymagały pokonania własnych słabości. Ja nie pokonałam wszystkich zadań, ale uczciwie robiłam wszystkie karne polecenia!

Zadania były rozmaite, oprócz biegu po lesie, trzeba było się czołgać, podciągać, wspinać na bal, czy linę.  Był spacer z drewnianym balem, z betonem, czy przeprawa przez lodowatą wodę. Jak to mówią dla każdego coś dobrego:)

Żałuję troszkę, że biegłam sama. Fajnie byłoby mieć tam ze sobą, kogoś znajomego. Kto w momencie zwątpienia rzuciłby „dawaj ku***”. Ale z drugiej strony ludzie byli tak życzliwi, tak pozytywnie nastawieni, że chętnie pomagali sobie nawzajem. Na jednej z przeszkód pomagała mi dziewczyna, która wzięła mnie na plecy! Obca osoba, która mogła nie marnować swoich sił na pomoc komuś tylko biec dalej. Dalej już było tylko lepiej. Każdy pomagał każdemu. Cudowna atmosfera. Wspólna radość z każdej pokonanej przeszkody.

Byli oczywiście zawodnicy nastawieni, na swój wynik i swój czas, ale to był odsetek.

Na mecie byłam totalnie wykończona, spragniona i zmarznięta. Marzyłam o ciepłym ubraniu i łyku wody. Ale duma z samej siebie była warta tego wyzwania. Radość i zadowolenie kipiało z moich oczu. Dawno nie czułam się tak wspaniale.

Moja wiara i pewność w siebie naprawdę wzrosła. Po nieprzespanej nocy, mega męczącym tygodniu pokonałam siebie. Pokonałam swoje nie chce mi się, spięłam pośladki i ruszyłam.

A kiedy tylko fizyczne zmęczenie minęło, adrenalina opadła…

..zapisałam się na kolejny majowy RUNMAGEDON. Bo to naprawdę uzależnia!:)

 

 

 

 

Zapisz

Facebooktwittergoogle_pluspinterest
  • Świeża Mężatka

    Iga dla mnie jesteś naprawdę bohaterką, jestem z Ciebie mega dumna!! Gratuluję!;)