wyzwanie płaski brzuch z Fit Mom

Lubicie wyzwania? Ja uwielbiam, ale mój słomiany zapał zawsze mi przeszkadzał w dotrwaniu do końca. Tym bardziej jestem z siebie dumna, że tym razem wytrwałam!

Czy znacie Anię Dziedzic-Fit MOM? Ania to wulkan energii, motywuje i mobilizuje do działania i pracy nad sobą inne mamy. Ma dwie córeczki i już nie raz udowodniła, że z dziećmi w domu można wygospodarować czas i zadbać o siebie. Jest wykwalifikowanym instruktorem fitnessu. Zachęca do aktywności kobiety w ciąży, oraz pomaga młodym mamą w powrocie do formy.

Jej profil na FB bije rekordy popularności, a wyzwanie marcowe Płaski Brzuch odniosło ogromny sukces. Ania postanowiła dać nam kopa i codziennie o 9.15 przez 27 dni prowadziła treningi online. Trening w głównej mierze miał angażować do pracy brzuch, jednak dzięki wprowadzeniu dodatkowo TABATY poczuć można go było w każdym centymetrze ciała. Ania motywowała i wspierała nas na codzień. Organizowała także transmisje ze specjalistami dotyczące żywienia, czy problemów aktywnych mam.

Do wyzwania dołączyłam już pierwszego dnia

Na początku było bardzo ciężko, najtrudniejsza była dla mnie organizacja czasu na trening. Wydawać sie może, że 15 minut( z Tabatą, jakieś 25) niby niewiele, ale każda mama wie, że pozostawienie dzieci samych sobie przez te 15 minut to armagedon w domu(tak mi się wydawało). Ja przez pierwsze dni ćwiczyłam wieczorami, jak mąż był w domu. Nie zdawało to jednak egzaminu, bo 3 razy w tygodniu chodzę na cross fit i dwa intensywne treningi w małym odstępie czasu były ponad moje możliwości.

Postanowiłam się spiąć i zacząć ćwiczyć w czasie transmisji na żywo. Pierwsze dni to było wyzwanie, zwłaszcza, że właśnie w marcu mój syn postanowił zrezygnować z drzemki o 9 rano. Jak na złość. Sprawy nie ułatwiała też Ida, która oczywiście musiała mi towarzyszyć przy ćwiczeniach, oczywiście wydając przy tym dźwięki doprowadzające brata do histerii. Dramat na trzy fajery, ale postanowiłam, że się nie poddam. Atmosfera na początku była naprawdę ciężka, dwa razy popłakałam się z niemocy jednak wytrwałam. Zrobiłam to dla siebie. Codziennie wyciągałam dzieciom inne zabawki, dawałam przekąski na czas moich ćwiczeń, czy pozwalałam Idusi oglądać Peppę, a Tymonowi robić wietrzenie szafek. Uwierz mi, że sprzątnięcie tego zajmowało chwilkę, a dzięki temu miałam czas na ćwiczenia.

Organizacja to podstawa

Postanowiłam przeorganizować cały nasz poranek. Przestałam pozwalać Idusi spać do oporu. Codziennie pobudka o 7 ułatwiła nam start. Myślisz sobie ponad 2h do treningu, to co ona robiła..

Nie leżałam bynajmniej. Zorganizowałam nasz dzień tak, że do treningu byliśmy wszyscy po śniadaniu<wcześniej Ida wstawała ok 8 i jadła śniadanie dopiero o 9>, po porannej toalecie, naczynia pozmywane i podłoga odkurzona. Zazwyczaj miałam już też plan na obiad, albo zupę na gazie. Zero fejsa i innych rozpraszaczy. Kiedy Tymon miał gorszy dzień pakowałam go w Tulę i robiłam wszystko z nim w nosidle. Nie było przebacz. Do 9.15 musiałam być ogarnięta. Powiem wam, że dzięki takiej organizacji nasz dzień naprawdę zaczął sprawnie płynąć. Po ćwiczeniach szybkie drugie śniadanie i na dwór z dziećmi. Póżniej obiad, drzemka i czas na zabawę.

Efekty

Pierwsze efekty zauważyłam już w drugim tygodniu ćwiczeń. Brzuch jakby mniejszy, ale bałam się, że to jedynie siła perswazji. Postanowiłam, że zmierzę się dopiero na koniec wyzwania.

Dziś rano sama nie mogłam uwierzyć w wynik. W brzuchu -4 cm, talia -2. Niby nie wiele, ale przy moim wzroście i mojej posturze, to bardzo dużo. Ja efekty widzę na codzień. Wreszcie mieszczę się w ubrania z przed PIERWSZEJ ciąży! Brzuch spadł, a i nogi jakby smuklejsze.

Jednak bardziej dumna jestem z tego, że wreszcie się zorganizowałam. Wpadłam w rutynę i ćwiczenia były dla mnie stałym punktem dnia jak śniadanie, czy drzemka dzieci. Dzieci przestały być także wymówką!

Czy było łatwo?

Nie było. Największym wyzwaniem była organizacja czasu na ćwiczenia. Opuściłam dwa treningi, kiedy byliśmy w szpitalu. Zdarzyły mi się też wpadki żywieniowe. Zjadłam dziecku Kinder jajo, czy wafelka do porannej kawy, jednak nie zrażałam się tym i nie poddałam aż do końca.

Po co to piszę? 

Piszę, bo jestem z siebie dumna. Dumna, że wytrwałam, że się zmobilizowałam i nie poddałam. Piszę byś i Ty droga mamo uwierzyła, że z dwójką małych dzieci w domu się da! Trzeba tylko chcieć i mocno się postarać. Efekty starań przyjdą szybko i naprawdę łatwiej niż Ci się wydaje.

 

 

Facebooktwittergoogle_pluspinterest